Dorastająca córka przychodzi kiedyś do swojej mamy i mówi: „Mamusiu, mam taki trudny problem, chciałabym z tobą porozmawiać, bo wiesz, matka zawsze…” Mamusia popatrzyła na nią przenikliwie i mówi: „A kołyskę macie?” Widać, że mamusia wie, co to znaczy trudny problem. Dzisiaj kołyska może trochę wyszła z mody. Bardzo często jest specjalny wózek, czasem jest koszyczek, też bardzo poręczny, a czasem jest kołyska zwyczajna, może czasem po babci, po dziadziu. Bez względu na to, jak wygląda ten sprzęt, wiemy, że chodzi o coś głębszego. Wiemy, jak często pełna kołyska jest bardzo wielką radością matki, ojca, całej rodziny, a często sama perspektywa pełnej kołyski jest połączona ze strachem, z lękiem, ze złością, z obwinianiem się wzajemnym.

Dlatego warto pomyśleć o tym, że w czasach, kiedy w Polsce za dużo kołysek ostatnio jest pustych, ta nasza Unia Europejska zaczyna szczycić się tym, że nie tylko kolorowych przybywa, ale przybywa Francuzów, Anglików, może nie Hiszpanów, Włochów, a Polaków ostatnio ubywało. Może za mało mamy ciemnoskórych i dlatego rozumiemy doskonale tych wszystkich rodziców, którym jest bardzo trudno mieć jeszcze jedno dziecko czy w ogóle mieć dziecko. Jednocześnie warto się zastanowić, czy jeśli nie chcę myśleć o kołysce, jeśli nie chce mi się kupować kołyski i jeśli nie chce mi się napełnić kołyski, to czy jestem w porządku wobec siebie, swojej rodziny, wobec sąsiadów, otoczenia, wobec naszej kochanej Ojczyzny – Polski.

>> tekst pochodzi z książki „Ojca Leona myśli na dobry dzień”