W moim blogu, który prowadzę w internecie, bardzo często zabierają głos ateiści rozmaitego rodzaju i piszą: „Wy dzielicie ludzi na wierzących, na niewierzących, potępiacie ateistów, wymyślacie na nich”. Tłumaczę, że nigdy nie wymyślam na żadnego ateistę, szkoda mi go, ale jednocześnie pomyślmy – jest różnica pomiędzy człowiekiem, który wierzy, a tym, który nie wierzy. Powiedziałem na początku – niewierzący (w swoim rozumieniu) zmierza ku nicości, wierzący zmierza ku Światłu. Jeśli staniemy przed problemem cierpienia, to mówię szczerze, niewierzącemu nie mam nic do powiedzenia – trudno, ślepy los, przypadek. Obsmarowali cię i wyrzucili z pracy, zdradziła cię żona czy mąż, ciężko się rozchorowałeś albo dziecko umiłowane ci umarło, czy straciłeś majątek, bo było trzęsienie ziemi.

Co ja mogę powiedzieć niewierzącemu? Nic nie mogę powiedzieć. Mogę mu pomóc, jak pomagam wierzącemu, ale wyjaśnienia, wytłumaczenia nie ma. Proszę się nad tym zastanowić. Często ludzie słabo wierzący narzekają: „A gdzie Pan Bóg był, a gdzie Pan Bóg jest?”. Jak były kataklizmy – trzęsienie ziemi na Haiti czy we włoskim L’Aquila, jak były systemy totalitarne, wojny, niemiecki obóz śmierci w Oświęcimiu, gdzie Pan Bóg był? Te wszystkie dramatyczne morderstwa u nas w Polsce, popełniane przez młodych, przez dziewczęta. Gdzie Pan Bóg wtedy był? Kiedy w szkole w Ameryce, która też się laicyzuje, usunięto nauczanie o Bogu, jakiś szalony chłopak wystrzelał kilka osób, poranił wiele i oni pytają, gdzie Bóg wtedy był? A Pan Bóg mógłby powiedzieć: „Wygoniliście Mnie ze szkoły! Powiedzieliście: nie chcemy przykazań, nie chcemy krzyża, nie chcemy obrazu – to Mnie nie ma”.

// fragment z książki Świętość zaczyna się zwyczajnie… od uśmiechu!