Zastanawiając się nad dramatem choroby i nad jej wielkością, nie mogę nie odnieść się do życia zakonnego. My też mamy czas wypoczynku – koniecznego, gdy zbytnio wyczerpują nas zadania, których wymaga od nas posłuszeństwo Kościołowi. Każdego dnia mamy czas na rozmyślanie o sprawach Bożych i na odprężające spotkanie w gronie współbraci, zwane rekreacją. Ale gdy czyta się Regułę św. Benedykta, nie znajdzie się w niej czasu przeznaczonego na rozmyślanie, na rekreację ani na urlop wypoczynkowy. Mnich wieku szóstego miał tak żyć w klasztornym zaciszu, by pracując bardzo intensywnie, nie być przeciążony, a oddając się w określonych porach modlitwie, czytaniu i pracy ręcznej pod czujnym okiem opata, który dbał o należyte proporcje tych zajęć, wypoczywał w Bogu dzięki temu właśnie, mądremu „płodozmianowi”!

I proszę! Wczesnośredniowieczna reguła zakonna może być drogowskazem dla współczesnego chorego człowieka, który znajduje się w sytuacji na pozór tak różnej, a przecież mającej coś wspólnego z dawnymi mnichami. Czy jesteś w domu, czy w szpitalu, leżysz czy chodzisz, boli cię bardziej czy mniej, zawsze możesz spocząć – odpocząć w Bogu. Dla niewierzącego wydaje się to bajką o żelaznym wilku. Wierzący jednak doskonale wie, co to znaczy „odpocząć w zranionym sercu Jezusa”, choć brzmi to straszliwie dewocyjnie. Wie, jaką wartość ma wpatrywanie się w Krzyż na ścianie, kiedy wszystko wydaje się tracić swój sens. Wie, jakim odpoczynkiem jest zrzucenie z siebie ciężaru grzechów – nie tylko ze strachu przed zbliżającą się śmiercią, ale dlatego, że zmęczenie grzechem w końcu stało się dla niego cięższe niż zmęczenie pracą czy chorobą.

// fragment z książki Być ludźmi // fot. Robert Krawczyk