W moim życiu wiary nie było miejsca na żadne przeżycia mistyczne. Może tyle, że w bardzo wczesnym dzieciństwie śniła mi się Matka Boska Częstochowska. Do Boga docierałem przez liturgię. Ponieważ przez całą szkołę średnią uczyłem się łaciny, to ta kościelna, liturgiczna nie sprawiała mi szczególnych trudności. Chrystus, to był dla mnie Najświętszy Sakrament i Pismo święte. Nie było to bezpośrednie dotknięcie Boga, ale poprzez znak-materię. Wystarczyło to jednak, by poprawiało się moje postępowanie, chociaż do ideału było wciąż daleko. Opanowałem siebie jako tako dopiero od lutego 1947 roku. Służenie do Mszy św., wciąż oczywiście według rytu trydenckiego, było moją radością i potrzebą duszy. Jestem ciekaw jaką rolę odgrywa dzisiaj liturgia w sprawie wiary współczesnego człowieka.