My Polacy jesteśmy narodem typowo „eksportowym” – na eksport idzie wszystko i to, co najlepsze. Natomiast wewnątrz pozostają ochłapy, i to zarówno w dziedzinie mięsa, wędlin, jak i miłości. Jakże często jesteśmy tak strasznie lubiani przez otoczenie – co za wspaniały mąż, co za wspaniała żona, jakie piękne, urocze dzieci, co za mili księża i zakonnicy itd., itd. I to jest jedna, niezaprzeczona strona naszej rzeczywistości. Natomiast, kiedy zaczyna się rozmawiać o nas z naszymi najbliższymi, którzy nas znają na co dzień, i mają nas po dziurki w nosie, to dopiero wtedy jest mniej więcej prawda. I tutaj jakże często jesteśmy zupełnie bezradni wobec tej sytuacji.

Cóż zrobić, kiedy nieraz także mamusia lub tatuś, starsi – naprawdę są nieznośni. Cóż zrobić, kiedy dziecko starsze czy młodsze – naprawdę jest nieznośne. Cóż zrobić, kiedy w miejscu pracy nieraz rzeczywiście nie można wytrzymać? Wchodzimy tutaj do samego dna. Wiemy, jak postępują ludzie niewierzący: po prostu odpłacają złem za zło, nieznośnością na nieznośność, niechęcią za niechęć, nieopanowaniem na nieopanowanie. A Chrystus mówi: „jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie obfitowała więcej niż sprawiedliwość faryzeuszów i uczonych w Piśmie, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego”. I cóż z tego, że ktoś może nie oglądać telewizji w piątki, nie jeść cukierków od czasu do czasu, a nawet pokrzywę ktoś sobie włożył do łóżka (bo czasem takie rzeczy się zdarzały, zresztą było to w najlepszej wierze zrobione i z dobrymi skutkami) – kiedy nie potrafimy opanować się, bo kipimy dosłownie przy każdej sposobności wobec naszych najbliższych, naszego otoczenia. I wiemy doskonale, ponieważ ja też jestem w zakonie, że analogiczne rzeczy się zdarzają, że właśnie na eksport jesteśmy lepszymi, wewnątrz trudniejszymi nawzajem dla siebie. To jest oczywiście robota szatana, który każdą społeczność powołaną przez Boga chce wywrócić do góry dnem i pokazać, że „piekło to inny”, jak powiedział Sartre. Jesteśmy całkowicie bezradni, kiedy proponujemy w konfesjonale lub poza konfesjonałem, by tutaj, w naszym najbliższym otoczeniu zacząć praktykować czynną uprzejmość, uśmiechnąć się zamiast zadrwić, zmuszać się do tych ćwiczeń, cierpliwie znosić wady drugiego człowieka. Jest o czym pamiętać. „Aby ułomności swe na ciele i na duszy jak najcierpliwiej znosili” tak mówi św. Benedykt, „starali się o wspólny, a nie indywidualny pożytek”. Gdyby się udało te rzeczy zacząć stosować na co dzień, jakby inaczej wszystko wyglądało, a równocześnie to solidne ćwiczenie ascetyczne, o wiele łatwiejsze od innych. To daje minimum satysfakcji, bo zwykle się przegrywa, a wygrywa rzadko.

>> tekst pochodzi z książki „Rekolekcje z Ojcem Leonem”