W niektórych środowiskach czytanie książek (w przeciwieństwie do wystawania pod kioskiem z piwem) uważane jest za coś nienormalnego. Ktoś mi opowiadał, że korzystając z pięknej pogody, usiadł sobie w ogródku na kocu. Sąsiedzi podglądali: co on robi? Czyta książkę! Pomylony?! Wart tego, by mu przyczepić plakietkę: „Przyłapany na czytaniu”. Sam taką mam… A książka jako prezent? Po co mu to? Przecież już jedną ma… – jak głosi nieśmiertelny kawał o milicjantach. (Czy i do blondynek to by pasowało?) Inni mówią, że nie czytają, bo książka jest droga. Owszem, ale dla tych, którzy z trudnością wiążą koniec z końcem. A ci, którzy mają się nie najgorzej, ile wydają na inne rzeczy – na jedzenie, przyjęcia, podróże, często rozmaite przedmioty wprost zbytkowne… Jaki jest procent ich wydatków na książki i dobrą prasę? Usłyszałem kiedyś opinię, że nieciekawy jest człowiek, który żałuje pieniędzy na dobrą książkę.

>> fragment z książki Być ludźmi