Ojca Leona myśli na dobry dzień

Świętość zaczyna się zwyczajnie. Od uśmiechu :)

Powołanie w powołaniu

Dorota Mazur: Swój wybór drogi kapłańskiej wspomina Ojciec z radością, którą wyczuwam w Ojca głosie. Ale – jeśli dobrze pamiętam z którejś z wcześniejszych naszych rozmów – to Ojciec odkrył później powołanie w powołaniu?

Leon Knabit OSB: Po podjęciu decyzji o byciu księdzem wstąpiłem do seminarium diecezjalnego w Siedlcach. Święcenia kapłańskie przyjąłem tam 27 grudnia 1953 roku z rąk biskupa Ignacego Świrskiego. Moje „odnalezienie się” w Tyńcu przyszło później. Przyszło z czasem. Po święceniach rozpoczęła się realizacja mojego powołania. Z jednej strony dane było mi doświadczyć duchowości franciszkańskiej, bo wówczas miał w Polsce „bum” franciszkański: odkryto postać o. Maksymiliana Kolbe, jego postawę i zachowanie. Z drugiej strony mój ojciec duchowny mi zawsze mówił: „Ty to powinieneś zostać jezuitą, bo masz taki jezuicki spryt i przebiegłość”. A Tyniec pojawił się na mojej drodze, gdy jeszcze byłem klerykiem, właściwie z powodu zainteresowań. Interesowałem się szczególnie liturgiką i swego czasu – dzięki temu samemu klerykowi, który stwierdził, że mam powołanie, od którego się „wymiguję” – miałem okazję być na celebracji Liturgii u benedyktynów. Ów kleryk jako pierwszy poczuł, że ma powołanie zakonne – do pewnego zgromadzenia o korzeniach francuskich i przeniósł się właśnie tam. Wraz z klerykami odbywali zajęcia w Tyńcu, do którego mnie kiedyś zaprosił. Potem byłem tam kilka razy, bo spodobało mi się to miejsce, ale nie na zasadzie, że chciałem się tam przenieść z moją formacją. Po prostu spędziłem w Tyńcu kilka razy swój wolny czas, radując się liturgią i klimatem benedyktyńskim. I kiedyś, gdy opowiadałem o moich wrażeniach biskupowi – rektorowi seminarium, ten zapytał: „Czy oni tam nie zechcą księdza ściągnąć do siebie?” Jak to usłyszałem, to się zaśmiałem. Ale kiedy wyszedłem z tego spotkania, w moim sercu pojawiło się takie ukłucie: „A może rzeczywiście Pan Bóg mnie tam powołuje?” Ale nie od razu odpowiedziałem na to pytanie pozytywnie. Zajęło mi to aż siedem lat. Sic! Siedem lat. Można powiedzieć, że dopiero, gdy „obczaiłem” teren – poznałem ludzi i byłem pewien swojej decyzji, przeniosłem się do Tyńca. Ale najciekawsze jest to, że od razu pojawiły się problemy zdrowotne – odnowiły się kłopoty z płucami, co mnie prześladowało od czasów pobytu w seminarium. Ale jakoś przeżyłem cały benedyktyński nowicjat. Na szczęście nikt nie wygonił mnie stamtąd i mogłem zrealizować swoje powołanie w powołaniu. I teraz mogę powiedzieć, że jestem jednym z najstarszych benedyktynów w Polsce.

>> tekst pochodzi z książki „Powołanie – i co dalej?”

Poprzednia

Weź się w garść…

Następna

Myśli na dobry dzień

1 komentarz

  1. Gosia

    Dlaczego przez siedem lat rozważał Ojciec przeniesienie do Tyńca? Czy chodziło o rozeznanie woli Bożej? Czy były jakieś przeszkody obiektywne? Czy nie chciał Ojciec zamykać tego, co było przedtem? Pytam, bo czasem człowiek świecki musi w życiu podejmować jakieś decyzje i próbuje szukać woli Bożej. Nie ma na ogół czasu na długie rozważania. Jak to zrobić sensownie? Teraz, z perspektywy czasu, zdecydowałby Ojciec prędzej?

Dodaj komentarz

Wszystkie prawa zastrzeżone & Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC // strona wspierana przez jzelek.pl