Kiedyś jechałem w pociągu, a zawsze jeżdżę w habicie i nigdy z tego powodu absolutnie nie mam żadnych przykrości, wręcz przeciwnie budzę zaufanie, ludzie pytają, rozmawiają. Kiedyś wpadli do przedziału chłopcy, jechali do jakiegoś centrum hard rock, byli trochę podpici, atakowali mnie i byli dosyć agresywni. Na szczęście nic mi się ostatecznie nie stało. Brewiarz wyrzucili przez okno, ale brewiarz potem i tak się znalazł. Na wyrzucenie mnie czasu nie starczyło.

I tak patrzyłem na to z pewnym rozbawieniem, niezależnie od tego, co by się miało stać. Siedziałem w przedziale i delikatnie, łagodnie się uśmiechałem. Jak kandydat na świętego męczennika, który w obliczu niebezpieczeństwa ma pogodną twarz. No i tego już nie wytrzymali. „Jeszcze się śmieje taki syn”. Sam się śmieję i życzę, abyście się śmiali w każdej, nawet trudnej sytuacji i dzięki temu ocaleli. Ocalenia przez śmiech dzisiejszego dnia wszystkim serdecznie życzę.

>> tekst pochodzi z książki „Ojca Leona myśli na dobry dzień”