Szpital to jest najpierw miejsce. Jako pacjent wiekiem cokolwiek starszy wciąż jeszcze mam w pamięci odrapane ściany, wewnętrzne i zewnętrzne, wszechobecny zapach lizolu, pozaginane linoleum na korytarzach i całą tę przygnębiającą atmosferę, połączoną z ciągłym brakiem podstawowych lekarstw czy urządzeń, często zresztą psujących się bezlitośnie. A jak jest dzisiaj? Miałem możność odwiedzenia różnych szpitali, bywałem w różnych przychodniach i z radością spostrzegałem wiele zmian na lepsze. Czyste ściany i szyby, czysta pościel, lśniące korytarze, coraz lepszy standard urządzeń, komputery usprawniające zarówno leczenie, jak i pracę personelu. Taki poziom z zazdrością podziwiałem kiedyś w Ameryce, u sióstr felicjanek w Livonii czy w klinice św. Anny w szwajcarskiej Lucernie. Miejscami doganiamy więc Europę i ten bogatszy świat.

Ale miejsce to przecież nie wszystko. Szpitale i przychodnie są dla ludzi i obsługiwane są przez ludzi. W szpitalach i w sanatoriach, w których przebywałem, miałem do ludzi szczęście. Nawet w tych nieciekawych wnętrzach, ze słabym sprzętem i ograniczonymi środkami, przedstawiciele służby zdrowia starali się stworzyć atmosferę, w której chory mógł się czuć możliwie dobrze. Owszem, zdarzali się impulsywni lekarze – kiedyś jeden z nich dosłownie mnie sklął (zresztą i subiektywnie, i obiektywnie miał chyba trochę racji), były pokrzykujące siostry oddziałowe, pamiętam pielęgniarkę, którą w czasie nocnego dyżuru znaleziono śpiącą w magazynie z materacami (na szczęście samą), ale pamiętam i drugą, która idąc na wieczorną dyskotekę, wystrojona rzeczywiście jak na bal, wpadała do swoich pacjentów będących świeżo po operacji – „bo przecież muszę zobaczyć, jak się czujecie”. Zawsze też zdarzali się lekarze podtrzymujący chorego na duchu – „Tylko proszę się starać o kondycję, optimum kondycji!”, i delikatny a wymagający personel rehabilitacyjny. W tych trudnych warunkach robili, co mogli, faktycznie za psie pieniądze.

Dzisiaj lekarze – nie bacząc na całą wielką wojnę o służbę zdrowia i na sposób administrowania urągający zdrowemu rozsądkowi, a często ubliżający godności człowieka – cieszą się, że mogą pomóc, dbają o to, by mniej bolało albo nie bolało wcale. I pracują tam, gdzie roboty jest dla dwóch osób, bo na kolejny etat nie ma pieniędzy, choć przecież wiadomo, że zmęczony lekarz to nie jest już taki dobry lekarz. Radością napełnia się serce, gdy mówią – a na własne uszy słyszałem to i od lekarza, i od pielęgniarki: „Pieniądze są ważne, ale nie najważniejsze, my tę naszą pracę lubimy”.

No i ci najważniejsi – pacjenci. Większość spokojna, z niewielkimi choć często uprzykrzonymi dolegliwościami, nadającymi się jednak do szybkiego wyleczenia dzięki podanym lekom lub prostym zabiegom chirurgicznym. Ale są i ci poważnie chorzy, wśród nich i tacy, których choroba objawiła się przy rutynowym badaniu lub wywiązała z błahych początków. Cierpiący, niekiedy zdesperowani, zwracający się do lekarzy czy pielęgniarek z pytaniem – często niemym – w którym tli się jakaś nadzieja: „No i jak?”.

Najgorzej, jak powiedział pewien lekarz, że chorzy nie chcą chorować według podręczników, ale każdy po swojemu i nieraz najprostsza sprawa nieoczekiwanie staje się problemem, prowadzącym niekiedy nawet do śmierci. Zostawiam tu na boku niedbalstwo lub błąd w sztuce lekarskiej. Dla większości wielką pociechą jest krzyż w sali, rozmowa z kapłanem, kaplica, Komunia św., której zresztą, nawet w katolickim szpitalu, wielu pacjentów boi się jak ognia.

>> tekst pochodzi z książki „Być ludźmi”