Tak, niedawno w Tyńcu jakiś ksiądz z grupą odprawiał Mszę według rytu trydenckiego. Gdyby przełożony zlecił mi odprawienie „Mszy mojej młodości” w Tyńcu lub poza klasztorem, nie sprawiało by mi to żadnych problemów ani technicznych ani duchowych. Już w siódmej klasie ówczesnej szkoły powszechnej umiałem na pamięć wszystkie części stałe Mszy świętej. Msza, do której służyłem nieraz i sześć razy jednego dnia – nie było wtedy koncelebry, kształtowała moją pobożność i moja wiarę. Ideałem było wtedy wykonać jak najdokładniej, to co było napisane w rubrykach – czerwonym kolorem. Nie było miejsca na improwizację. Natomiast wciąż można było pogłębiać pobożność według schematu: Zgromadzenie ludzi pod przewodnictwem kapłana na Ucztę ofiarną; (Ofiara była i jest zawsze podkreślana) uznanie swojej niegodności, posilenie się słowem Bożym, złożenie darów ofiarnych, Przeistoczenie, Komunia wiernych pojednanych ze sobą i rozesłanie wiernych z błogosławieństwem. A sposób realizowania nakazu Chrystusa był różny. Wiedzieliśmy, że był ryt dominikański, mediolański, grecko-katolicki, syro-malabarski i inne jeszcze. Wierni szli tam, dokąd wiodła ich tradycja regionalna czy rodzinna, gdzie najwięcej korzystali dla pobożności indywidualnej i zbiorowej. I tak pozostało do dzisiaj bez względu na obrządek. A najważniejszą jest miłość, zwłaszcza w liturgii. Wszelkie zacietrzewienie i narzucanie swojego zdania za wszelką cenę jest niegodne chrześcijanina. Oczywiście, że ważne jest posłuszeństwo aktualnej władzy kościelnej, nie zamykające miejsca dla kulturalnej dyskusji. Tak liturgia przez Ucztę Ofiarną Jezusa i Kościoła kształtowała i kształtuje moją wiarę.